Trudno przesądzać, jak wcześnie człowiek nauczył się nurkować. I zatem od kiedy możemy mówić o pierwszych nurkach. Można się jednak domyślać, że działo się tak od czasu, w którym zaczęto korzystać z wody nie tylko jako płynu niezbędnego do życia, ale także środowiska obfitującego w rozliczne bogactwa. Naturalnie, pewną rolę odgrywał tu klimat, trudno sobie bowiem wyobrazić dłuższe nurkowania w bardzo zimnych wodach, bez możliwości zabezpieczenia termicznego.

Po co nurkować?
Celem nurkowania mogły być prace związane z montażem czy naprawą pułapek na ryby, znanych od epoki kamienia; w tych przypadkach mielibyśmy do czynienia z płytkimi zanurzeniami. W rachubę wchodzą także próby podjęcia zwierzęcia rannego czy zabitego podczas polowania: foki, morświna, większej ryby, ale także renifera. W wodzie zbierano także inne owoce morza. Dowody archeologiczne na pozyskiwanie pożywienia znane są choćby ze stanowisk kultury Ertebølle z Danii i północno-wschodnich Niemiec (druga połowa VI tysiąclecia–początki IV tysiąclecia przed Chrystusem). Najbardziej charakterystyczne obiekty świądczące o masowym wyławianiu owoców morza są śmietniska muszlowe, pokazujące bardzo intensywne wykorzystywanie strefy litoralnej Bałtyku, a znamy stąd także ościenie do połowu ryb i liczne dłubanki. W śmietniskach znaleziono gatunki małży Osterea edulis, czy Cardium edule, które występują w wodach na tyle płytkich, że można je pozyskiwać bez konieczności nurkowania. Oczywiście można było nurkować po zatopioną łódź jednopienną, ale tego nie możemy dowieść.
O nurkach starożytności
Opracowania problemu nurkowania w Morzu Śródziemnym okresu starożytności są dość liczne, a opierają się na źródłach ikonograficznych, archeologicznych oraz przekazach starożytnych pisarzy. W rejonie tym poławiano gąbki (najstarsze z kontekstu archeologicznego datowane są na około 4500 r. przed Chr.), wykorzystywane powszechnie w praktyce higienicznej starożytności. Stosowano je nie tylko do mycia ciała oraz czyszczenia, ale – osadzone na kiju – w antycznym Rzymie służyły jako odpowiednik papieru toaletowego (xylospongium lub tersorium). Zastosowań było zresztą więcej: gąbką wykładano od wewnątrz hełmy i zbroje, podawano napoje (przypomnijmy Chrystusa, umierającego na krzyżu, któremu podawana jest za pomocą trzciny gąbka nasączona octem), doszczelniano wylewy naczyń, a nawet używano w procesach chemicznych czy leczeniu (zanurzoną w oliwie gąbkę przykładano do ran).

© H. Zoll, na licencji CC BY-SA 3.0
Wyławiano także wybrane gatunki koralowców, bowiem chętnie wykorzystywano koral do inkrustacji lub wykonywano z niego ozdoby-amulety. Pozyskiwano ponadto drapieżne ślimaki z rodziny rozkolcowatych – szkarłatniki (purpurowce), zwłaszcza Bolinus brandaris i Stramonita haemastoma. Wykorzystywano je w procesie produkcji niezwykle cenionego barwnika, tak zwanej purpury królewskiej (barwione nim szaty godni byli nosić tylko dostojnicy) lub inaczej tyryjskiej. Działo się to już w kulturze minojskiej, na początku II tysiąclecia przed Chr., choć umiejętność tę rozpowszechnili potem Fenicjanie, stąd nazwa tkaniny, wywodząca się od fenickiego Tyru. To tam wytwarzano purpurę najwyższej jakości, pilnie przy tym strzegąc receptury.

© H. Zoll, na licencji CC BY-SA 3.0
Legendy i narracje o nurkach
W babilońskim eposie o Gilgameszu (koniec III tysiąclecia przed Chr.) tytułowy bohater nurkował po kolczaste ziele nieśmiertelności, by przywrócić życie swemu przyjacielowi Enkidu. Osiągnął sukces, lecz niestety wydobyte ziele spożył wąż, zwabiony zapachem rośliny i to on zyskał w ten sposób nieśmiertelność.
Informację o wydobywaniu zatopionych łodzi wywnioskować można z zapisu kodeksu Hammurabiego – babilońskiego zbioru praw z XVIII w. przed Chr. Kilka przepisów (§234–240) odnosi się do żeglugi. W § 238 czytamy:
„Jeśliby flisak doprowadził do tego, że lódź zatonęła, lecz podniósł ja (z dna), to zapłaci srebrem połowę jej wartości” (tłum. Witold Tyborowski).
Nie wiadomo wprawdzie, z jakiej głębokości wydobywano łodzie, ale zapewne nie były to znaczące wartości, biorąc pod uwagę fakt, że chodziło o żeglugę rzeczną. Wydobycie łodzi można sobie wyobrazić zwłaszcza w przypadku dość płytkiego i stabilnego Eufratesu, choć już wartki Tygrys może osiągać w niektórych partiach nawet dziesięć i więcej metrów. Podjęcie łodzi z takich głębokości w przypadku wody płynącej wydaje się poza zasięgiem starożytnych nurków.
Obiektem pożądania były również perły. Najstarszą perłę znamy z neolitycznego stanowiska na wyspie Marawah w Emiracie Abu Dhabi. Odkryto ją w warstwach datowanych radiowęglowo na lata 5800–5600 przed Chr. Wskazuje to, że ostrygi, które wytwarzały perły jako mechanizm obronny (w odpowiedzi na pojawienie się czynnika drażniącego, jak ziarnko piasku) poławiano blisko 8 tysięcy lat temu. Późniejsze perły (a także muszle, które pozyskać można było tylko nurkując) znamy z Egiptu i Mezopotamii. Nic zatem dziwnego, że w języku sumeryjskim istniało słowo ñiñri, oznaczające „nurkować” lub „zanurzać się”.
Naturalnie polowano także na ryby, ośmiornice i wydobywano skorupiaki. Złowioną ośmiornicę ukazano na fragmencie starożytnego naczynia zasobowego typu pitos, znalezionego na greckiej wyspie Chios i datowanego na ok. 550–525 r. przed Chr.

© E.Gaba, na licencji CC BY-SA 2.5
O technikach nurkowania wspomina już Arystoteles (384–322 r. przed Chr.). Stwierdza on, że nurkowie wynurzając się co pewien czas, niczym delfin (Historia animalium IX, 48, 631a:30). W innym dziele zanotował, iż niektórzy z nurków korzystają z pewnego urządzenia do oddychania pod wodą, za pomocą którego czerpią powietrze z powierzchni, samemu długo pozostając w wodzie. Zestawił ten obraz ze słoniem, którego natura wyposażyła w długi nos (De partibus animalium II, XVI). Chodzi najprawdopodobniej o fajkę oddechową, być może umieszczoną centralnie w osi głowy, jak w fajkach wykorzystywanych w pływaniu sportowym z płetwami.
Dalsze spekulacje na temat jej kształtu uznać należy za bezprzedmiotowe, podobnie jak dywagacje, że relacja opisuje niewielki dzwon nurkowy (opis przeczy temu jednoznacznie). Oczywiście, fajka oddechowa nie mogła być zbyt długa, gdyż zaczerpnięcie powietrza z głębokości większej niż około 30–40 cm oznaczałoby konieczność pokonania różnicy ciśnień przekraczającej możliwości mięśni poruszających klatką piersiową. Co więcej, im dłuższa rurka, tym więcej wydychanego powietrza pozostawałoby wewnątrz niej i kolejne wdechy oznaczałyby wciąganie przynajmniej części wydychanego powietrza. Czy rozwiązanie, pozwalająca raczej na pływanie po powierzchni z zanurzoną głową, niźli rzeczywiste oddychanie pod wodą, rzeczywiście odpowiada owej relacji? Naturalnie – nie, lecz pamiętać należy, iż starożytni nie byli zbyt skrupulatni w opisach, które zwykle mają ogólnikowy charakter. Arystoteles pokazać chciał raczej zdumiewający fakt, ciekawostkę, którą zaskoczyć miał czytelnika, nie zaś techniczny opis narzędzia do nurkowania. Tworzenie na tej podstawie rekonstrukcji, przypominających szkice Leonardo da Vinci i ukazujących ludzi w kapturach, z których wychodzą na powierzchnię długie, skórzane węże jest zatem nieporozumieniem.
Inne dzieło, przypisywane Arystotelesowi, choć napisane zapewne przez jednego z jego uczniów ze szkoły perypatetycznej, zawiera refleksję na temat tego, że greccy nurkowie przebijali sobie nozdrza i uszy (błony bębenkowe? – sic!), by nie musieć troszczyć się o wyrównywanie ciśnienia w uchu środkowym. Opis jest dość enigmatyczny, ale dotyczy raczej nurkowania w dzwonie nurkowym, nie zaś z zatrzymanym oddechem (Problemata XXXII, 5, 21–34). Tak czy inaczej wydaje się jednak nieprawdopodobny.

© Artur Brzóska
Niektórzy ze śmiałków sięgających głębin mieli umieszczać w swoich uszach gąbki lub oliwę, by chronić się przed napływem wody (Problemata 32, 3, 15). O innym wykorzystaniu oliwy pisali Plutarch w I w. (De Primo Frigido 13, 950C) oraz „encyklopedysta” antyku – Pliniusz Starszy w monumentalnym dziele Naturalis Historia (II, 106, 234), których zdaniem nurkowie rozpryskują oliwę ustami. Zdaniem pierwszego rozświetla ona drogę, zaś drugi wskazuje, że ta:
„uspokaja dokuczliwą naturę morza i czyni je przezroczystym” (tłum. Ireneusz Mikołajczyk i in.).
Znacznie bardziej szczegółowo opisał to zagadnienie grecki poeta z II w. n.e., Oppian (Halieutica V, 638, 646 – 648, 650–669). Podał on wiele detali dotyczących przebiegu nurkowania; sądzić można, że poznał dobrze środowisko nurków. Jak relacjonuje, poławiacze gąbek przed zanurzeniem zwracali się do bóstw z prośbą o ochronę przed bestiami morskimi, następnie przewiązywali sobie linę wokół pasa, chwytali ołowiany ciężarek w dłoń i wypełniali usta oliwą. Stojąc na dziobie obserwowali fale, by ostatecznie – przy zachęcie ze strony towarzyszy – pogrążyć się w wodzie, uzyskując pływalność ujemną dzięki masie ciężarka. Na dno opadano szybko, tam zaś wypuszczano oliwę z ust. Miała ona błyszczeć w ciemnej wodzie, rozjaśniając dno. Tak brzmią słowa poety:
„strzeże zaś w ustach pomiędzy szczękami białą oliwę (…)
jednak w głębinę gdy schodzi, wypluwa z ust swych oliwę,
ta zaś bardzo jaśnieje, a blask jej miesza się z wodą,
tak jak gdy nocy pochodnia błyska w ciemności swym okiem”
(tłum. Tomasz Płóciennik)
Po odcięciu odpowiedniej liczb gąbek, nurek dawał znak, by osoby asekurujące go z powierzchni wyciągnęły go na górę.
Powyższy opis jest obarczony jakimś błędem, albo nie wymienia zacisku na nos, bowiem przy obu dłoniach zajętych, trudno byłoby wyrównać ciśnienie w uchu środkowym, chyba że nurek stosował inną metodę niż próba Valsalvy. Najwyraźniej nie stosowano też masek czy okularów pływackich, zapewniających ostrość widzenia. Być może nie były one zresztą bardzo potrzebne. Warto w tym miejscu przytoczyć przykład austronezyjskich Mokenów, zamieszkujących wybrzeża Azji Południowo-Wschodniej. Stosowali oni technikę, polegającą na ekstremalnym zwężaniu źrenic. Dodatkowo, cechowała ich znacznie lepsza niż u innych ludów akomodacja. Zmiany te mają charakter przystosowawczy, niewykluczone zatem, że korzystający na co dzień ze środowiska wodnego starożytni Grecy czy Rzymianie, również rozwinęli tę umiejętność.

© Artur Brzóska
Maski nurkowe były znane już w XIV w. Arabski podróżnik Ibn Battuta (1304–1368 r.) w swoich Osobliwościach miast i podróży w ten sposób odmalował arabskich nurków z Zatoki Perskiej:
„Przed każdym zanurzeniem się do wody poławiacz pereł zakłada na twarz maskę ze skorupy żółwia, z której robią coś na kształt kleszczy służących do zaciskania nozdrzy. Potem przewiązuje się w pasie sznurem i zanurza do wody. Poławiacze różnią się pod względem wytrzymałości przebywania pod wodą; niektórzy z nich są w stanie wytrwać pod wodą godzinę, dwie a nawet dłużej. Gdy nurek dosięgnie dna morza, znajduje tam muszle przytwierdzone do drobnych kamyków w piasku. I wtedy odrywa je albo odcina za pomocą noża, po czym wkłada muszle do skórzanej sakwy zawieszonej na szyi. Gdy torba zaczyna mu dech zapierać, wonczas pociąga za sznur, a człowiek dzierżący linę w łodzi, poczuwszy drgnienie, wciąga go do góry” (tłum. T. Majda, H. Natorf).
Dostrzegamy tu zatem analogiczne do starożytnych metody eksploracji dna, z dodatkiem pojemnika na zbiory i noża (te z łatwością możemy wyobrazić sobie w dawnych Grecji i Rzymie) oraz osłonę twarzy obejmującą nos, wykonaną z – zapewne wypolerowanej dla uzyskania przejrzystości – skorupy żółwia, tudzież (również szylkretowego) zacisku na nos, umożliwiającego wyrównywanie ciśnienia w uchu środkowym. Było to rozwiązaniem nieodzownym, bowiem wspomniana maska nie dawała możliwości wykonania próby Valsalvy (brak dostępu do płatków nosa), co wykluczałoby zanurzenia nawet na 5 metrów. Naturalnie, kilkugodzinne pobyty pod wodą uznać należy za przejaw fantazjowania, ignorancji lub nieporozumienia; być może chodziło o czas spędzony w wodzie, ale nie pod wodą. W tym ostatnim przypadku spodziewać można się pobytu w wymiarze co najwyżej 5–7 minut, a i to w przypadku doskonale wytrenowanych poławiaczy.

© Artur Brzóska
Wracając do oliwy: czy rzeczywiście można było wykorzystywać ją w opisany wyżej sposób? Czy i w tym przypadku nie mamy do czynienia z nieporozumieniem? Ponieważ informacja pojawia się niezależnie w kilku źródłach, wydaje się wiarygodną. A przecież technikę tę stosowano jeszcze później, o czym wspomina siedemnastowieczny podróżnik turecki Evliya Çelebi, opisujący poławiaczy pereł w Cieśninie Ormuz (Seyahatname, I, 2, 503).
Kwestię te próbowali zweryfikować niedawno Emre Erdan, Fatih Ersan i Kubilay Güçlü. Doszli oni do wniosku, że poławiacze gąbek stosowali ową technikę, aby za pomocą emulsji wodno-oliwnej wygładzić taflę wody ponad nimi i tym samym uzyskać stabilne oświetlenie w miejscu pracy, a ponadto ułatwić obserwację dna morza z powierzchni za pomocą takiego „morskiego zwierciadła” (na to właśnie zwracał uwagę Çelebi). Dodajmy, że sprzyjałoby to jakości asekuracji z powierzchni, albowiem umożliwiało śledzenie poczynań nurka na dnie. Badacze nie podjęli jednak próby praktycznej weryfikacji opisanej techniki. Przy okazji archeologicznych badań podwodnych, prowadzonych przez Wydział Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego w starożytnym Ptolemais (dziś Tolmeita w Libii), postanowiłem sprawdzić przekaz Oppiana jest prawdziwy. Przetestowałem kilka gatunków oliwy o różnej gęstości. Wypluwałem oliwę z zastosowaniem różnych technik: mieszając ją w ustach z woda, wypluwając w całości, „rozpylając”, przykładając dłoń do czoła, by uwięzić krople oliwy na dłużej. Oliwy pozbywałem się na głębokościach w przedziale 3–10 metrów i…. nic. W każdym z przypadków oliwa wypływała żółtawozieloną chmurą, po czym rozdzielała się na drobne krople różnych rozmiarów. Powoli przemieszczały się one ku powierzchni, z wyjątkiem tych, które (w przypadku wariantu z przyłożeniem dłoni) osiadły na owłosieniu twarzy: brwiach, wąskach i brodzie. Można je było bez trudu obserwować, ale żadnego szczególnego załamywania promieni słonecznych na nich, opalizowania czy rozświetlenia dna nie zaobserwowałem, mimo że próby ponawiane były wielokrotnie, a do eksperymentu wybierałem dni słoneczne i godziny okołopołudniowe. Jednocześnie udało się negatywnie zweryfikować koncepcję dotyczącą wodnego „przeziernika”: oliwy było zbyt mało, by utworzyła warstwę pokrywającą taflę wody nawet, gdy wypuszczano ją z głębokości 3 m. W przypadku większych głębokości rozpraszała się jeszcze silniej.

© Artur Brzóska
Jaki z tego płynie wniosek? Czy założenia eksperymentu były błędne? W końcu technikę te potwierdzają niezależne źródła… Może zatem parametry fizyczne dawnej oliwy były inne? Może Słońce zbyt nisko operowało zimową porą (ekperyment przeprowadzono w grudniu)? Może starożytni nurkowie stosowali szczególną technikę pozbywania się oliwy, a my jej jeszcze nie odtworzyliśmy? Z drugiej strony w starożytności zdarzały się przecież przypadki powielania informacji bałamutnych, nieweryfikowalnych dla przeciętnego czytelnika. Do moich ulubionych należy przekaz Cezara o łosiach, zamieszkujących Las Hercyński (nieprzebrane puszcze w środku Europy). Jak pisze słynny autor, nie miały one stawów kolanowych i – by zasnąć – opierały się o pnie drzew. Sprytni myśliwi germańscy mieli podpiłowywać pnie i rankiem zbierać nieszczęsne, obalone zwierzęta, niezdolne do powstania (Cezar, O wojnie galijskiej VI, 27). Przywołajmy w tym miejscu raz jeszcze opowieści o wielogodzinnych zanurzeniach czy „słoniowych” urządzeniach do przebywania pod wodą… Jedno jest pewne – można tworzyć koncepcje naukowe, ale bez próby weryfikacji, pozostaną one bezwartościowe.
Autor: Bartosz Kontny
Oryginalny tekst ukazał się dnia 09.01.2026 r. na stronie https://cmas.pl/podkomisjakola/bartosz-kontny-o-starozytnych-nurkach-apnea-czesc-pierwsza-sekrety-oliwy/
Przedruk za zgodą autora
