Kiedy dziedzictwo staje się dziedzictwem

Rzeczy przemijają. Fakt ten jest ich największą wartością. Okazuje się bowiem, że częstokroć dziedzictwo powstaje w momencie, gdy… zaczyna niszczeć i znikać – przekonuje dr Dawid Kobiałka, archeolog współczesności.

Zdaniem dr. Kobiałki, obecnie szybciej dążymy do zachowania pamięci o minionych czasach. Zaledwie kilkadziesiąt lat po upadku komunizmu powstają muzea PRL-u czy NRD. Refleksja nad dziedzictwem przyspieszyła.

– Przecież jeszcze 100 lat temu antykwariusze gromadzili głównie przedmioty należące do cywilizacji sprzed tysięcy lat – egipskiej czy mezopotamskiej. Ale co tak naprawdę powoduje, że coś uznajemy za dziedzictwo warte zachowania i ochrony? – zastanawia się naukowiec w swoich pracach.

Archeolog ilustruje proces „powstawania” dziedzictwa na podstawie dawnej zajezdni tramwajowej nr 5 przy ulicy Legnickiej we Wrocławiu. Tam przez dziesiątki lat na bocznicach stało kilkadziesiąt pojazdów. Niektóre z nich mają niespełna 100 lat.

– Przez lata tramwaje te były bezużyteczne. Uznano je za przestarzałe i porzucono, traktując jak śmieci. Z tego kontekstu pojazdy przeszły niezauważenie w kolejny – w momencie, gdy zaczęły poważnie niszczeć, zaczęto bić na alarm i żądać ich ochrony. W tym momencie stały się dziedzictwem historycznym – mówi dr Kobiałka.

Archeolog zwraca szczególną uwagę na zmianę kontekstu. Początkowo tramwaje były elementem kultury żywej, potem potraktowano je jako bezużyteczne, po czym za skarb – dziedzictwo warte ochrony dla przyszłych pokoleń.

– Co ciekawe, przez lata nikt się tymi pojazdami nie interesował. Po czym nastąpiła zmiana. Pojawiła się chęć i pragnienie ich ochrony, ale stało się to możliwe tylko z tego względu, że zaczęło grozić im niebezpieczeństwo – zauważa naukowiec.

Przyjmując takie rozumowanie, okazuje się, że gdyby tramwajom nie zagrażała dewastacja, ich los nie wywołałby zainteresowania. Byłyby traktowane obojętne.

Przez lata wrocławska zajezdnia nr 5 doskonale funkcjonowała w kontekście społecznym. W czasie wizji lokalnej wewnątrz tramwajów dr Kobiałka znalazł liczne „artefakty” w postaci puszek po piwie czy butelek po wódce.

– Zapewne spotykają się tam osoby ubogie czy bezrobotne w celu miłego spędzenia czasu. Mimo, że jest to miejsce opuszczone, swoiste „cmentarzysko tramwajów”, to jednocześnie jest to element życia społecznego człowieka – uważa dr Kobiałka.

Zdaniem naukowca, gdyby tabor odrestaurowano – miejsce straciłoby swój „egzystencjalny” wymiar. Po przemianie w muzeum zajezdnia nie byłaby już „autentyczna”. Byłoby to miejsce oderwane od życia codziennego, sterylne. Z pewnością mniej dostępne i odwiedzane. Archeolog zauważa dalej, że ruiny są tak interesujące i fascynujące dlatego, iż są właśnie ruinami.

W tym kontekście, według naukowca, interesującym faktem jest historia „poprawienia” fresku „Ecce homo” w kościele niedaleko Saragossy w 2012 roku dokonane przez jedną z parafianek.

– O dziele w zasadzie nikt nie słyszał. Dopiero kreatywne działanie starszej kobiety doprowadziło do wielkiego zainteresowania freskiem na całym świecie. Gdyby nie zostało zniszczone – nikt by się o nim nie dowiedział, ani nikt by do niego nie pielgrzymował. Zupełnie jak w przypadku wrocławskich tramwajów w dawnej zajezdni – puentuje dr Kobiałka.

Według jego poglądu, na elementarnym poziomie hiszpańska artystka była – można powiedzieć – do pewnego stopnia archeologiem czy konserwatorem, dążącym do odtworzenia dzieła i zachowania dziedzictwa. Według dr. Kobiałki wartość dziedzictwa polega na tym, że jest aktywnym elementem życia ludzkiego. Często, jak w przypadku hiszpańskiego malowidła czy wrocławskich tramwajów, zdaje się mieć potwierdzenie określenie, że to co niszczeje jest de facto tworzone.

– Moim zdaniem istotnym aspektem w zarządzaniu dziedzictwem nie jest tylko jego zachowanie i odtwarzanie. Ważnym głosem w tej dyskusji jest konwencja przyjęta w Faro w 2005 roku przez Radę Europy. Wedle niej współczesna refleksja nad znaczeniem dziedzictwa kulturowego powinna zmierzać w stronę szukania aktywnych sposobów jego użytkowania, nie dla dobra samego dziedzictwa kulturowego, ale dzisiejszych i przyszłych społeczności – przekonuje archeolog.

W jego opinii dziś świat jest zafascynowany młodością. Panuje etos zachowania dziedzictwa na wieki.

– Spójrzmy prawdzie w oczy. Jeśli nasze działania związane z zachowaniem wszystkiego z przeszłości byłyby skuteczne, mielibyśmy poważny problem, który można porównać do choroby zwanej hipermnezją – zdolności zapamiętywania w zasadzie wszystkich wydarzeń z życia – podsumowuje.

Poznański badacz określa swoje pole zainteresowań jako „archeologię współczesności”. Stosuje metodykę dobrze znaną archeologii – w tym badania powierzchniowe. W jej ramach mieszczą się również badania opuszczonych budynków wojsk sowieckich w Polsce czy bunkrów z okresu II wojny światowej. Dr Dawid Kobiałka jest stypendystą Instytutu Szwedzkiego. Zajmuje się m.in. odtwórstwem historycznym, znaczeniem dziedzictwa kulturowego dla współczesnego społeczeństwa oraz rolą teorii w refleksji archeologicznej.

Tekst pochodzi z serwisu Nauka w Polsce.