Młodzi archeolodzy w Armenii

Armenia. Kraj Chaczaturiana, kompozytora słynnego „Tańca z szablami”, pysznie słodkiego wina z granatu oraz mocnej i pobudzającej kawy. Ale czy tylko?

Studenci archeologii zrzeszeni w Studenckim Kole Naukowym Archeologii Bliskiego i Środkowego Wschodu „Szarkun” postanowili wybrać się do tego mało popularnego turystycznie kraju z zupełnie innych powodów. Mało kto bowiem wie, że Armenia jest pierwszym państwem, które z woli króla Tyrydatesa III w 301 roku uznało chrześcijaństwo jako religię państwową. To właśnie było motywacją dla nas do organizacji objazdu naukowego mającego na celu dokumentację wczesnochrześcijańskich ormiańskich założeń sakralnych (a konkretnie dla 6 osób: Jacka Hamburga – prezesa koła, Piotrka Makowskiego, Rafała Bieńkowskiego, Agaty Keller, Małgosi Skwarek z Instytutu Historii Sztuki oraz Oli Pawlikowskiej – autorki wszystkich zdjęć dokumentujących prace oraz efekty naszego projektu) .

1

Drużyna w pełnym składzie. Od lewej: Piotr Makowski, Jacek Hamburg, Agata Keller, Aleksandra Pawlikowska, Małgorzata Skwarek, Rafał Bieńkowski

Realizacja projektu miała zamknąć się w przeciągu dwóch tygodni, co nie było takim łatwym zadaniem biorąc pod uwagę utrudniający przemieszczanie się bardzo górzysty teren oraz duże odległości między poszczególnymi stanowiskami. Wyposażeni w odpowiedni ekwipunek oraz niezbędną wiedzę wyruszyliśmy 10 kwietnia 2012 roku, aby po przesiadce w Rydze i noclegu w Tbilisi dotrzeć w końcu do stolicy Armenii – Erewania.

Od samego początku dopisywało nam wielkie szczęście. Właścicielka hostelu, w którym byliśmy zakwaterowani, raczyła nas codziennie prawdziwie ormiańskimi śniadaniami, od których ledwo mogliśmy się oderwać, gdyż ormiańska kuchnia jest po prostu wyborna. Kawa jest niezwykle aromatyczna i przyrządza się ją „po turecku” zaparzając z cukrem w małych tygielkach. W Armenii kawa ta ze względów oczywistych jest nazywana „kawą po ormiańsku” i jest przez autochtonów uznawana za stricte rodzimy produkt. Oprócz tego napoju często serwowana jest czarna herbata z kardamonem.

2

Domowe zapasy lawaszu

Jeśli chodzi o jedzenie, to podstawowym produktem jest chleb lawasz w kształcie ogromnych cienkich placków, przyrządzany w specjalnie do tego przeznaczonych piecach. Jest on niezwykle ekonomiczny, ponieważ nawet gdy zeschnie można go jeść jak żydowską macę.

Przemierzając Armenię głównie pieszo i stopem, często byliśmy zapraszani przez życzliwych miejscowych na „małe poczęstunki”. Mieliśmy wtedy okazje spróbować słonych białych serów, słodkich czarnych orzechów w syropie, konfitury z płatków róży oraz prawdziwych rarytasów – sudżuk, czyli zalanych zastygniętym sokiem z winogron orzechów włoskich, sprasowanych kwaśnych owoców zwanych tytu lawasz oraz drożdżowego ciasta gata ze słodkim nadzieniem z mąki, masła i cukru. Pożywieni tymi, jak i też innymi ormiańskim przysmakami, mieliśmy dość sił i zapału, żeby realizować nasz projekt.

3

Dvin. Ruiny bazyliki, w tle po prawej pozostałości pałacu katolikosa

Naszym priorytetem był Dvin. Dla zwykłego laika byłoby to zapewne najmniej atrakcyjne stanowisko, ponieważ jedyne, co widać na powierzchni, to bardzo enigmatycznie zachowane fundamenty. My jednak spędziliśmy tutaj sporo czasu wypełniając karty dokumentacyjne i robiąc zdjęcia, gdyż miejsce z punktu widzenia historyczno-archeologicznego dostarcza wielu interesujących informacji. Dvin był późnoantyczną i średniowieczną stolicą Armenii. Znajdują się tutaj ruiny dwukrotnie przebudowywanej, trzynawowej bazyliki z IV wieku, pozostałości pałacu katolikosa (tytuł patriarchów kościoła ormiańskiego), magazyny oraz drugi, niestety bardzo źle zachowany, kościół.

Bezpośrednio związana z momentem przyjęcia przez Armenię chrztu jest katedra w Eczmiadzynie – w miejscu obecnej siedziby katolikosa. Wybudowana została w IV wieku – jak głosi legenda – rękami samego króla Tyrydatesa III. Niestety, z powodów licznych przekształceń jej ostateczna forma architektoniczna pochodzi z XVII i XVIII wieku. Z oryginalnej budowli zachowało się tylko kilka bloków kamiennych.

4

Eczmiadzyn. U góry kościół św. Hripsime, u dołu kościół św. Gajane

Każdy bardziej dociekliwy turysta, będąc w Eczmiadzynie, nie zapomni zwiedzić również kolejnych kościołów, poświęconym najważniejszym ormiańskim męczennicom – Hripsime i Gajane. Oba pochodzą z VII wieku i są doskonałym przykładem kunsztu ormiańskich architektów. Kościół św. Hripsime jest doskonale zachowany. Zbudowano go na planie krzyża wpisanego w prostokąt. Cała budowla zwieńczona jest w centralnej części potężną kopułą.

Natomiast kościół św. Gajane jest oparty na planie krzyża greckiego i wyróżnia go przede wszystkim atrium z malowidłami w półkolistych niszach dobudowane od strony wejścia w późniejszym etapie użytkowania. W Eczmiadzynie znajduje się także następna już, zachowana tylko na poziomie fundamentu, bazylika z IV wieku.

5

Garni. Fragment mozaiki z łaźni z przedstawieniami figuralnymi i legendą

W kolejnym dniu naszego pobytu udaliśmy się do Garni, miejsca kojarzonego głównie z rzymską świątynią w typie peripteros heksastylos oraz z łaźniami, gdzie można zobaczyć świetnie zachowane hypocastum i bogato dekorowaną mozaikę z przedstawieniami figuralnymi.

My jednak skupiliśmy się głównie na tamtejszych chrześcijańskich zabytkach. Tuż obok pogańskiej świątyni, niemalże przylegając do jej podium, znajduje się kościół na planie koła z dwoma wejściami, półokrągłą apsydą i pastoforiami po obu jej stronach.

Kierowani dalej przez życzliwych Ormian natrafiliśmy na uroczy mały kościółek na terenie ogródka jednego z miejscowych. Czytelnik pewnie wyda się zaskoczony tym faktem, tak jak my na samym początku, jednak z czasem przyzwyczailiśmy się do takich nietypowych lokalizacji. W Armenii kościoły z czasem dosłownie „wrastały” w otaczającą je infrastrukturę i dlatego dziś, szczególnie w małych miejscowościach i oddalonych od cywilizacji wioskach, możemy natknąć się na „wciśnięte” między jedną chatą a drugą kościoły lub kaplice. Przybytek ten o nazwie Hayrapet pochodzi z XII wieku i jest oparty na planie centralnym w formie krzyża.

6

Garni. Schowany pośród drzew kościół Hayrapet

Uwagę każdego bardziej wnikliwego obserwatora zwrócą zapewne dwie długie inskrypcje, symetrycznie rozłożone po obu stronach wejścia. Jest to jeden z bardziej charakterystycznych elementów ormiańskiej architektury sakralnej. Inskrypcje pojawiają się często, zarówno na fasadzie i pozostałych ścianach zewnętrznych jak i w środku. Co ciekawe, trudno zauważyć jakąkolwiek logikę w ich umiejscowieniu. Niekiedy widnieją one w tak trudno dostępnych miejscach, że bez drabiny niemożliwe jest ich rozszyfrowanie. Funkcja inskrypcji jest bardzo zróżnicowana: najczęściej spotykane są fundacyjne i kommemoratywne, ale zdarzają się też napisy o innym przeznaczeniu.

Zagłębiając się dalej w szerokie, wydeptane uliczki Garni, zupełnie niespodziewanie natrafiliśmy na malownicze ruiny. Okazało się, że jest to jednonawowa bazylika, z północna ścianą zachowaną aż do wysokości ponad 3 metrów. Od strony południa do bazyliki przylega także czterokolumnowy portyk. Było to dla nas tym bardziej ekscytujące odkrycie, gdyż później okazało się, że kościół ten datowany jest na IV wiek, czyli na sam początek chrześcijańskiego budownictwa w Armenii.

Kiedy mieliśmy już powoli wracać na zasłużony odpoczynek do naszego hostelu, bardzo zaangażowani naszymi badaniami Ormianie, wskazali nam jeszcze jedno założenie, majaczące się w oddali na szczycie wysokiego wzgórza. Mimo zmęczenia i późnych popołudniowych godzin, postanowiliśmy jednak sprawdzić co to za miejsce. Oczywiście, nie bylibyśmy godni miana archeologów, gdybyśmy tak po prostu dotarli tam wytyczoną drogą. Już na samym początku trasy zboczyliśmy z kursu, idąc „na skróty” po stromym osuwającym się zboczu. Po prawie dwugodzinnej wspinaczce w pełnym słońcu (było ok. 30 st. C), spoceni i zdyszani dotarliśmy na górę. Ale było warto!

7

Garni. Ruiny jednonawowej bazyliki

Naszym oczom ukazał się niezapomniany widok: ruiny niewielkiego kościółka zbudowanego z dwukolorowych bloków kamiennych (odpowiednio czarnych – bazaltowych oraz czerwonych – tufowych) ułożonych w formie szachownicy. Całość oświetlały miękko promienie chylącego się ku zachodowi słońca. Tuż obok, ku naszej wielkiej radości, znajdował się otoczony murem kompleks klasztorny, z zachowanymi dormitoriami i kolejnym kościołem. Nosi on nazwę Amenaprkich, pochodzi z X wieku, a towarzyszące mu zabudowania monastyczne Havuts Tar powstały między XII a XIV wiekiem. Drogę do bramy wejściowej kompleksu wskazywały nam chaczkary, czyli stanowiące wizytówkę Armenii kamienne stele z wizerunkiem krzyża i bardzo bogatą ornamentyką.

9

Chaczkar na drodze do bram Havuts Tar

Biorąc od uwagę fakt, że z każdą minutą robiło się coraz ciemniej przystąpiliśmy czym prędzej do dokumentacji. Nie było to łatwe zadanie – światło zachodzącego słońca nadaje się doskonale do romantycznych krajobrazowych zdjęć, ale do profesjonalnej dokumentacji archeologicznej jest zdecydowanie zbyt artystyczne. W dodatku znajdowaliśmy się na 1590 m n.p.m. więc temperatura z przyjemnie ciepłej szybko stawała się dokuczliwe chłodna. Kiedy zrobiliśmy ostatnie zdjęcie i opisali wszystkie szczegóły architektoniczne, zapadł zupełny mrok. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy zupełnie sami, pośród dzikich górzystych terenów, nie mamy latarek, nie wiemy, gdzie jest droga powrotna, a do Garni było kilka dobrych kilometrów. Nie byliśmy również wyposażeni w żadne śpiwory, więc nocleg na miejscu (przy ok. 10 stopniach) zupełnie nie wchodził w grę. Co można było zrobić? Musieliśmy zdecydować się na jak najszybszą ewakuację na dół. Jedynym naszym źródłem światła był smartfon Jacka, ale i to niewiele pomogło. Dodam jeszcze, że wszyscy mieli na sobie trampki lub sandały, czyli obuwie wybitnie nienadające się do wspinaczki. Poprzedni entuzjazm momentalnie zastąpiły zmęczenie, stres i lekki niepokój (nawet jeśli męska cześć grupy się do tego nie przyznawała). Całą sytuację „umilał” fakt, że znajdowaliśmy się na terenie Narodowego Parku Krajobrazowego, w którym żyją między innymi pumy i niedźwiedzie. Podsumowując – nie wyglądało to dobrze. W końcu, gubiąc drogę i osuwając się po mało stabilnym podłożu, zupełnie wycieńczeni dotarliśmy szczęśliwe do Garni. Mimo, że nie było to z naszej strony ani rozsądne ani odpowiedzialne, to z perspektywy czasu muszę przyznać, że była to zdecydowanie największa przygoda tego objazdu.

10

Amenaprkich na tle zachodzącego słońca

Jeśli ktoś jednak nadal pragnąłby mocnych wrażeń, powinien wybrać się na wycieczkę do Spitakavor i Geghard, choć będą to doznania dwojakiego rodzaju. Do Spitakavor dostaliśmy się zupełnie przypadkiem, jeżdżąc z właścicielem hostelu, Armenem, po okolicznych miejscowościach. Szukając innego kościoła, przejechaliśmy obok drogowskazu z napisem „Spitakavor 12 km” skierowanym w stronę gór. Oczywiście dla nas było to wystarczająco zachęcające. Dobrze, że Armen okazał się być kierowcą off-roadowym, a jego samochód Toyota Land Cruiser miał dodatkowo podwyższone zawieszenie, bo inaczej nie przebylibyśmy tej trasy cało.

11

Armen i jego niezawodna Toyota Land Cruiser

Zaczęło się od przebrnięcia przez górską rzeczkę, a potem było już tylko trudniej. Nie wiem, co bardziej zapierało dech w piersiach: szaleńcza jazda po 45-stopniowym nachyleniu, czy otaczające nas krajobrazy. Na miejscu okazało się, że zbudowany na wysokości ok. 2600 m n.p.m. klasztor pochodzi z XIV wieku. To, co zwróciło naszą największą uwagę, to pięknie dekorowany portal z przedstawieniem Maryi z Dzieciątkiem oraz dwa niezwykle ciekawe krzyże na zewnętrznych ścianach kościoła: jeden otoczony pentagramami oraz drugi z nieregularnych i jakby niedopasowanych do siebie fragmentów, który przypominał wirującą swastykę.

12

Widok na kościół Spitakavor

Dla kogoś kto potrzebuje jednak nieco mniej adrenaliny, a więcej doznań estetycznych, idealnym miejscem będzie wymieniony wyżej Geghard. Jest to wyjątkowo rozległe założenie, do którego udają się liczne pielgrzymki i grupy turystyczne, nie tylko ze względów religijnych, ale także z powodu zastosowanych tam niebywałych rozwiązań architektonicznych. Od gavitu głównego kościoła Katoghikeh odchodzą bowiem kolejne kaplice Avazan i Proshian, wykute całkowicie w zboczu skalnym. Całość dopełniają oryginalne dekoracje, dość nietypowe jak na sakralne wnętrza (orzeł porywający baranka między parą kotowatych drapieżników). Przedstawienie okazało się być herbem rodziny, która ufundowała to miejsce. Tuż pod bramą wjazdową prowadzącą do monastyru, znajdują się stragany z miejscowymi smakołykami, oferujące sudżuk, tytu lawasz lub gatę.

13

Dziedziniec monastyru w Geghard i widoczny w tle kościół Katogihekh

Na zakończenie, pozwolę sobie na małą retrospekcję. Zanim zaczęliśmy podążać chrześcijańskim szlakiem, zdążyliśmy jeszcze zwiedzić miejsca związane z dużo wcześniejszym okresem, a więc pozostałości miast królestwa Urartu, funkcjonującego na terenach Armenii między końcem IX a VI wiekiem p.n.e.

Teishebaini, dzisiaj zwane Karmir Blur, znajduje się na wzgórzu wpasowanym w urbanistykę współczesnego Erewania. Mimo tak oczywistej lokalizacji, dużo czasu upłynęło zanim tam trafiliśmy. Zawiodły nas mapy, nie wspominając o naszej orientacji w terenie. Niestety większość pytanych przez nas przechodniów nie dysponowała taka wiedzą, aby słyszeć cokolwiek na temat tej urartyjskiej twierdzy. Słysząc nazwę „Karmir Blur” wskazywali jedynie palcem w stronę wzniesienia, ale nie potrafili wytłumaczyć dokładniej jak należy tam dotrzeć. Kiedy w końcu udało się nam trafić, naszym oczom ukazało się porzucone i zaniedbane stanowisko archeologiczne. Całkiem dobrze zachowane wątki murów, dawały wyobrażenie o wielkości całego założenia. Co kilka kroków napotykaliśmy na leżące między suchą trawą a kamieniami fragmenty urartyjskiej ceramiki, niektóre z rytą lub malowaną dekoracją. Niestety cały ten obraz doskonale przedstawia poziom i stan badań archeologicznych w Armenii.

Kolejnym miejscem było Erebuni, wybudowane z rozkazu króla Argiszti I w VIII wieku p.n.e., znajdujące się także w obrębie dzisiejszego miasta. Niestety to co tam zobaczyliśmy było dla nas – archeologów – niezwykle bolesne. Piękne barwne malowidła, które cudem przetrwały tyle tysięcy lat, były zupełnie niezabezpieczone i wystawione na niszczycielską działalność szkolnych wycieczek. Wyskrobane przez dzieci i młodzież napisy w stylu „Armen kocha Lilit” lub „tu byłem”, bezkarnie pokrywały całą ścianę. To przykre doświadczenie zrekompensował nam nieco inny zabytek – spory blok kamienny cały pokryty niezwykle czytelną (oczywiście dla epigrafików i znawców starożytnego języka) inskrypcją wykonaną pismem klinowym. Zainteresowany szczególnie tą tematyką Jacek był absolutnie wniebowzięty. Po dokonaniu dokładnych oględzin całego miejsca, trzeba było wracać do hostelu. Znowu czekała nas perspektywa długiego błądzenia po tym wyjątkowo skomplikowanym, rozległym i nieregularnym mieście jakim jest Erewań.

15

Erebuni. Dekoracja ścienna i wyskrobane na niej współczesne grafitti

Jednak takie „włóczenie się” po przypadkowych ulicach ma również pozytywne aspekty. Dzięki temu poznaliśmy samo miasto od tej najmniej reprezentacyjnej, ale za to prawdziwiej strony. Stolica Armenii nie ma w sobie uroku włoskich miasteczek, ani nie zachwyca architektonicznymi perełkami jak Barcelona. Dominuje tutaj tzw. „wielka płyta”, a przeważającym kolorem jest szaro-brunatny. Jednak w Erewaniu ujmujące jest zupełnie co innego – zniszczone zaniedbane bloki, furgoczące stare białe Łady, fruwające na wietrze plastikowe siatki, zapach świeżego mięsnego lamajo lub serowego chaczapuri, biegające po brudnych podwórkach dzieci, ale przede wszystkim zmęczone życiem ludzkie twarze, rozpromieniające się serdecznie na nasz widok. To wszystko stanowi istotę Armenii. Kraju, którego długa historia, bogata w mniej lub bardziej ciężkie doświadczenia, odcisnęła się piętnem na każdym mieszkańcu. Miejsca, które, będąc nieustannie w orbicie różnych wpływów, stworzyło własne niepowtarzalne dziedzictwo kulturowe, które warto jest odwiedzić ponownie.

* * *
Cały projekt zakończył się sukcesem. Wynikiem naszych badań jest seria artykułów, która ukazała się na stronie naszego koła oraz wystawa fotograficzna w Instytucie Archeologii UW. Oprócz tego w opracowaniu jest katalog zadokumentowanych przez nas kościołów i inskrypcji. Wszystkich czytelników bardziej zainteresowanych tematyką objazdu zachęcam do dalszej i bardziej szczegółowej lektury:

1. Piotr Makowski „Dvin – stolica późnoantycznej i średniowiecznej Armenii
2.Piotr Makowski „W cieniu góry Ararat – sprawozdanie z objazdu naukowego
3. Aleksandra Pawlikowska „Krzyż w kamieniu – arcydzieło ormiańskiej sztuki
4.Agata Keller „Pot i Łzy: dzień w Dawid Garedża” (artykuł ten dotyczy Gruzji, o którą zahaczyliśmy w drodze powrotnej z Armenii).

Tekst: Aleksandra Pawlikowska

NędzaUjdzie w tłumieŚrednieDobreBardzo dobreRewelacja (Oddanych głosów: 12, średnia ocen: 6,00 na 6)
Loading...
Tags: