Głupcy nie stworzyli katedr i uniwersytetów! – wywiad z Melvinem Starrem

Niedawno na polskim rynku pojawił się pierwszy tom niezwykłych przygód średniowiecznego chirurga Hugh z Singleton, pt. „Niespokojne kości”. O średniowiecznej chirurgii i o tym czy średniowieczni byli nieudacznikami rozmawiamy z autorem książki Melvinem Starrem.

 

Dopiero co ukazało się drugie wydanie „Niespokojnych kości” w języku angielskim, a oto książka ta debiutuje na rynku polskim. Czy spodziewał się Pan tak wielkiego sukcesu?

Nie sądzę, aby jakikolwiek początkujący autor wiedział, czego może się spodziewać po napisanej przez siebie książce. Przyznam się, że zacząłem wierzyć w sukces „Niespokojnych kości” w momencie w którym udało mi się znaleźć wydawcę zainteresowanego opublikowaniem tej książki. Dla zupełnie nieznanego autora jest to ogromnie trudne. Naprawdę niełatwo jest znaleźć wydawcę chcącego poświęcić czas i pieniądze na pierwszą książkę żółtodzioba. Ale mogę dziś z dumą stwierdzić, że od momentu publikacji „Niespokojne kości” sprzedały się na świecie w ponad trzydziestu tysiącach egzemplarzy.

Wiele książek osadzonych w średniowiecznych realiach zdobyło sobie ogólnoświatową popularność, a najlepszym przykładem jest chyba „Imię róży” Umberto Eco. Zacznijmy jednak od początku – co Pana zainspirowało do napisania książki?

Mistrz Hugh jest średniowiecznym chirurgiem z trzech powodów. Pierwszą osobą z mojej rodziny, która osiadła w Ameryce w roku 1636 był purytański chirurg z Anglii Comfort Starr. Kiedy to odkryłem, rozpoczęło się moje wielkie zainteresowanie wczesnymi praktykami chirurgicznymi. Po drugie, wiele lat temu czytałem i podziwiałem książki poświęcone przygodom brata Cadfaela, walijskiego mnicha z XII wieku. W znacznej mierze to te ogromnie wciągające książki stanowiły dla mnie inspirację. W końcu, ucząc przez wiele lat historii doszedłem do wniosku, że średniowieczni są bardzo niesprawiedliwie postrzegani jako ludzie zacofani i głupi. A przecież średniowiecze to czasy wielkich, imponujących katedr i uniwersytetów. Ludzie głupi nie byliby w stanie stworzyć rzeczy tak wspaniałych.

W jaki sposób udało się Panu włączyć prawdziwe miejsca i postaci do fabuły „Niespokojnych kości”? Czy motywacją do ich włączenia była chęć zawarcia kawałka prawdziwej historii w beletrystyce czy też były one same w sobie tak interesujące?

Cóż, wybrałem Bampton jako scenerię moich książek po prostu dlatego, że mam tam przyjaciół. Dzięki temu miałem nie raz okazję złożyć tam wizytę. Trzeba przyznać, że miejsce to naprawdę dobrze sprawdza się jako sceneria książek osadzonych w realiach średniowiecznych, szczególnie dzięki sporemu czternastowiecznemu zamkowi, który stanowi prawdziwą ozdobę okolicy. Włączenie postaci Gilberta Talbota, pana tego zamku, do fabuły moich książek wydawało mi się tyleż interesujące, co dość oczywiste. Poza tym, każda dobra beletrystyka powinna zawierać w sobie konflikt, a John Wycliffe [w polskiej historiografii występuje też jako John Wiklef lub Wiklif – przyp. MP] był ogromnie zaangażowany w teologiczne i społeczne konflikty tamtego czasu. Dlatego też uwzględnienie go w mojej powieści wydawało się całkiem sensowne.

Wiedza o średniowiecznej medycynie jest, łagodnie rzecz ujmując, słabo rozpowszechniona. Jako reprezentant magazynu historycznego nie mogę nie zapytać: z jakich opracowań i źródeł korzystał Pan pisząc swoją książkę?

Cóż, miałem okazję korzystać z kilku książek o średniowiecznej medycynie i wczesnych praktykach chirurgicznych, o czym już wcześniej wspominałem. Niemałym utrudnieniem był tu fakt, że chirurdzy w czternastym wieku dopiero zaczynali wyodrębniać się z profesji fryzjerskiej i mieli wyraźnie niższy status niż ówcześni lekarze. Można powiedzieć, że średniowieczni chirurdzy byli swego rodzaju „mechanikami”, naprawiali to co było złamane, uszkodzone: kości, rany skóry i tym podobne rzeczy. Bardzo rzadko zdarzało się, że chirurgia była używana do leczenia chorób, chociaż bywały wyjątki. Na przykład operacje katarakty były w czternastym wieku dość rozpowszechnione.

Jaka jest Pańska generalna opinia o książkach historycznych z punktu widzenia czytelnika? Czy woli Pan książki traktujące historię akademicko, czy raczej takie w których historia jest prezentowana jako element tła fikcyjnych wydarzeń?

Muszę przyznać, że mam styczność ze wszystkimi rodzajami książek historycznych, tak beletrystycznych jak i bardziej akademickich. Przyznam szczerze, że czytanie beletrystyki historycznej bywa dość trudnym przeżyciem, z uwagi na liczne błędy popełniane przez niekiedy ogromnie popularnych autorów. Żeby daleko nie patrzeć, jednym z takich autorów jest np. Dan Brown, któremu zdarzyło się wiele faktograficznych potknięć podczas pisania „Kodu Leonarda da Vinci”…

Wiele wskazuje, że Pańska książka została ciepło powitana przez polskich czytelników. Czy możemy oczekiwać, że niebawem zostaną w Polsce opublikowane następne tomy poświęcone przygodom Hugh z Singleton?

Cóż mogę powiedzieć? Nie zależy to ode mnie, ale raczej od polskich wydawców. Tym niemniej mam nadzieję, że jeżeli książka rzeczywiście spotka się z zainteresowaniem czytelników, na polskim rynku pojawią się także następne tomy przygód chirurga Hugh z Singleton.

 

Wywiad przeprowadził Michał Przeperski. Tekst pierwotnie opublikowano na stronach portalu Histmag.org pod adresem: http://histmag.org/?id=6914.