Antywampiryczne praktyki z polskich Karpat

Wampiry nie są wymysłem filmowców. Ludzie wierzyli w ich istnienie już wiele wieków temu. Na ślady praktyk mających przed nimi chronić archeolodzy natrafili na wielu wczesnośredniowiecznych cmentarzyskach, w tym np. w Kałdusie niedaleko Chełmna.

Jednak wiara w istnienie krwiożerczych upiorów była powszechna nie tylko w tych odległych czasach. W latach 80. podczas wykopalisk na dawnym cmentarzu przy sanockiej cerkwi archeolodzy natrafili na leżący na uboczu grób najprawdopodobniej mężczyzny z uciętą głową, którą złożono mu między udami. Jak się okazało, był to cmentarz przycerkiewny, który funkcjonował najprawdopodobniej od połowy XVI w. do połowy XVIII w.

Prowadzący wykopaliska naukowcy nie zwrócili na mężczyznę większej uwagi. Sporządzona przez nich dokumentacja trafiła do archiwum sanockiego Muzeum Historycznego. Przed rokiem przypadkowo sięgnął po nią młody, muzealny archeolog, Piotr Kotowicz.

– Zdjęcie przedstawiające czaszkę umieszczoną pomiędzy kośćmi udowymi od razu mnie zaintrygowało. Może dlatego, że wcześniej interesowałem się bieszczadzką etnografią i podania o wampirach nie były mi obce. A tak właśnie grzebano osoby uznawane za wampiry. Co ciekawe, mogiła pochodzi najprawdopodobniej z XVII w. – powiedział Kotowicz lokalnemu dziennikowi „Super Nowości”.

Pochowany wampir to najprawdopodobniej mężczyzna, mieszkaniec Sanoka. Ale może to był nie upiór, lecz przestępca skazany na śmierć przez ucięcie głowy? – Skazańców chowano bez głów. Te zostawały przybite na miejscu egzekucji, na przestrogę przed dokonywaniem przestępstw. Wisiały do momentu, aż same odpadły z powodu rozkładu tkanek – dodaje Kotowicz.

Opisy etnograficzne bieszczadzkich miejscowości, pełne są podań o wampirach, upiorach, żyjących w XVI, XVII, XVIII, XIX w., a nawet na początku XX w. Do walki z nimi stawali nawet oficjalni przedstawiciele Kościoła. Np. w Kulasznem k. Rzepedzi posądzono zmarłego, że jest wampirem. Na cmentarz wybrała się wówczas cała wieś, pod przewodnictwem popa. Zgodnie z relacją, gdy wydobyto ciało z grobu pochowany szyderczo zaśmiał się z przybyłych. No to wbili mu prosto w serce wielki ząb z brony.

Podobne, popogrzebowe praktyki zarejestrowano także w Czaszynie czy w Zubeńsku. – Natomiast na cmentarzu w nieistniejącym dziś Jaworniku k. Komańczy, miało nie być człowieka, który w grobie nie miałby głowy położonej między nogami albo ćwieka wbitego w głowę – wyjaśnia Kotowicz.

Za upiora uznawano osobę, u której nie nastąpiło stężenie pośmiertne bądź była czerwona na twarzy. To ostatnie tłumaczono występowaniem nadmiaru krwi w organizmie, a duża ilość krwi musiała przecież skądś się wziąć…. Wampirem stawało się też dziecko poczęte w trakcie stosunku odbytego podczas menstruacji kobiety.

Przed wstaniem wampira z grobu broniono się na różne sposoby. Po wyprowadzeniu zwłok z domu odwracano próg, by upiór nie poznał swojego domostwa i do niego nie wrócił. W domu, na drodze na cmentarz i z powrotem, sypano mak. Mak sypano też do grobu, do ust zmarłego. Wierzono, że upiór zajmie się liczeniem ziarenek. Musiało ich być tyle, by powstałego w nocy z grobu zastał świt, nim ten odnajdzie wioskę.

Obracano też zmarłych w grobach twarzami do dołu. Odcinano głowy i kładziono je pomiędzy nogami. Wbijano ćwieki czy potężne, drewniane kołki w głowę, pozostawioną na swoim miejscu bądź w serce. Czasami zmarłego przebijano w 3 miejscach – głowę, serce, i złączone nogi. Groby przywalano kamieniami. Wreszcie wierzono, że przed atakiem upiora uchroni spuszczenie płynów z organizmu denata i ich wypicie razem z wódką.

Więcej w „Super Nowościach„.