Tysiące zbiegłych niewolników tworzyły niegdyś w amerykańskiej Wirginii własne społeczności, które nie uznawały nad sobą żadnej władzy. Ich domem były rozległe mokradła Great Dismal Swamp.
Takich zbiegów zwie się w całej Ameryce maronami (maroons), ale trafiają się też określenia lokalne. Byli to w ogromnej większości czarnoskórzy niewolnicy, ale nie brakowało w tych społecznościach osób innych ras, które z różnych powodów chciały zniknąć władzy z oczu. Maronowie chronili się na bagnach, w trudno dostępnych lasach i w górach. Ich najbardziej znanym schronieniem w Ameryce Północnej są bagna Florydy, gdzie wraz z Seminolami wspólnie walczyli przeciwko białym.
Jednak najbardziej znane ich społeczności żyły w Ameryce Środkowej i Południowej. Pierwsze zakładali już w XVI w. niewolnicy, którzy uciekali Hiszpanom. Ich potomkowie chętnie potem wspierali angielskich piratów w łupieniu hiszpańskich koloni.
Obraz „Zbiegli niewolnicy w Dismal Swamp” Davida Edwarda Cronina z 1888 r.
Wiele takich społeczności przekształciło się w plemiona, zajmując miejsce wymarłych Indian. Czasami te nowe ludy były mieszanką zbiegłych niewolników i resztek rodowitych Amerykanów. Do najbardziej znanych należą plemiona maronów z Surinamu i Gujany Francuskiej.
Prawdopodobnie największa społeczność takich zbiegów istniała w okolicach Recife w Brazylii w XVII w. Około 10-20 tys. maronów – m.in. niewolników, Indian, czy zbiegłych z wojska Portugalczyków – stworzyło własne quasi-państwo, które przetrwało blisko sto lat.
Antropolog Dan Sayers od 2001 r. bada słabo dotąd poznane społeczności maronów, które żyły niegdyś wśród bagien Wirginii. Było to bardzo bezpieczne schronienie, gdyż w czasach przed wojną secesyjną mokradła zajmowały ponad 5 tys. km kw powierzchni (obecnie są 10 razy mniejsze).
Sayers analizował dokumenty a także wraz ze swoimi studentami prowadzi wykopaliska poszukując materialnych pozostałości po zbiegach.
Do naszych czasów zachowało się wiele relacji z rajdów przeciwko osadom maronów na Florydzie oraz w Georgii i Luizjanie. Milicje właścicieli niewolników czasami bardzo szczegółowo opisywały wielkość i wygląd spalonego miejsca, wyliczając domy i podając ich wielkość.
Jednak niewiele jest podobnych dokumentów dotyczących osad z terenu Great Dismal Swamp. Zdaniem Sayersa łowcy zbiegów najwyraźniej mieli ogromne kłopoty ze znalezieniem ich na ogromnych, nieznanych im mokradłach.
Zgromadzone dane pozwalają jednak narysować ogólny obraz tych niezależnych społeczności. Nie ma wątpliwości, że bardzo dbały o swoją izolację. Chroniły się w centrum mokradeł, a ich przywódcy kontrolowali, kto przybywa do społeczności, a także, kto ją opuszcza. O minimalizowaniu kontaktów ze światem zewnętrznym świadczą też znalezione zabytki. Niezwykle często są to przedmioty własnej produkcji.
Maronowie z Surinamu. Zdjęcie wykonano w latach 1910-1935. Na licencji Creative Commons. Zbiory Tropenmuseum of the Royal Tropical Institute (KIT).
W ocenie Sayersa w latach 1600-1860 bagna stanowiły prawdopodobnie schronienie dla tysięcy ludzi. – Początkowo były to społeczności Indian, zbiegli niewolnicy zaczęli pojawiać się około 1700 r. i dołączali do wcześniejszych mieszkańców bagien albo tworzyli własne społeczności – opowiada antropolog.
Dzieje maronów z Great Dismal Swamp kończą się dość nagle po 1860 r., czyli w okresie wojny secesyjnej. Zdaniem Sayersa wielu mieszkańców mokradeł włączyło się do wojny po stronie Północy.
Życie na bagnach nie było łatwe. Lata są tu niezwykle gorące i wilgotne, a zimy potrafią być bardzo chłodne (temperatury dochodzą do około 0 stopni Celsjusza). Ciągłym utrapieniem są owady. Maronowie musieli też uważać na węże i niedźwiedzie. Jednak dla wielu ludzi było to lepsze niż rozciągający się poza bagnami świat rządzony przez właścicieli niewolników.
Komunikat prasowy Uniwersytetu Amerykańskiego o badaniach Sayersa.



(Oddanych głosów: 15, średnia ocen: 5,67 na 6)
Sadze, ze maruderzy obu stron konfliktu wybili mieszkancow bezbronnych wiosek.
Zwlaszcza, ze szeregowy unionista niejednokrotnie dazyl Murzynow wieksza pogarda niz Konfederat.
Raczej po prostu maroni po wojnie się wynieśli, gdy już przestali być ścigani. Przecież jeżeli wcześniej nie dały im rady oddziały milicji, to tym bardziej nie mogło tego zrobić wojsko, które miało w końcu dużo innej roboty, jak to na wojnie.
Nie wojsko, tylko maruderzy obu armii. Glownie dezerterzy, ale takze czynne oddzialy mogly sobie zdrowo poszalec napotkawszy taka wioske przez przypadek, przeszukujac mokradla w poszukiwaniu czegos tam.
Znamy opisy działań maruderów choćby z czasów wojny 30 letniej, nie sądzę by był to rodzaj ludzi chętnych do „podbijania” czegokolwiek – co innego plądrowanie wcześniej spacyfikowanej okolicy.
Poza tym nie sądzę też by byli to „bezbronni” mieszkańcy wiosek. wiedzieli że się na nich poluje, wiedzieli że w razie złapania czeka ich coś znacznie gorszego niż powrót w niewolę, na pewno byli dobrze przygotowani do obrony.
Gdzie napisalem o podbijaniu????
A najlepiej pladruje sie sojusznika, – gdy po zapewnianiach o przyjazni i po posilku oraz pijatyce nastepuje wyrzniecie mezczyzn, zeby w spokoju pokorzystac z kobiet.
Powtórzę – jeśli celowe, zorganizowane poszukiwania nie dały efektu w postaci wykrycia zbiegów, to i bandy maruderów też tego nie potrafiły. Niby po co mieliby leźć w nieprzebyte bagna?
„Przyjaciół” sami Murzyni by zaprowadzili.
A dopiero w wioskach , gdy pojawialy sie kobiety i popito alkoholu….
Podobnie dzieje sie i obecnie, gdy roznej masci wyzwoliciele i rewolucjonisci, poczatkowo witani sa z radoscia w roznych wioskach….. Wiesniacy pozniej szybko sie ucza, zeby widzac jakikolwiek oddzial spieprzac z wioski bez wzgledu na jego przynaleznosc.