Kamienne narzędzia sprzed 1,8 mln lat odkryli malezyjscy archeolodzy w Bukit Bunuh w Lenggong (północno-zachodnia Malezja).
Zdaniem Mokhtara Saidina, kierownika centrum badań archeologicznych Malezyjskiego Uniwersytetu Naukowego, znalezisko wskazuje na bardzo wczesną obecność ludzi na terenie Malezji.
Jak powiedział dziennikarzom Saidin najstarsze tego typu narzędzia odkryte w Afryce mają 1,6 mln lat.
- Znaleźliśmy jeden z tych pięściaków, wykonany z kwarcytu, w warstwach suewitu [mieszanina pokruszonych skał, zakrzepłych kropli lawy i materiału pochodzenia kosmicznego - WP]. Wysłaliśmy część suewitu do laboratorium w Tokio na datowanie metodą rozszczepienia uranu. Okazało się, że ma 1,83 mln lat – mówił Saidin na konferencji prasowej.
Jego zdaniem znalezisko może podważać teorię, że anatomicznie współczesny człowiek pochodzi z Afryki.
Na podstawie The Star Online.
Aktualizacja
Jak wyczytałem w depeszy AP margines błędu datowania wynosi aż 610 tysięcy lat.

@shr ustawodawca pomaga, ale … sobie. Sprawa według mnie na gruncie polskim jest nie do rozwiązania. A dlatego, ponieważ mamy biedne społeczeństwo. Chęć zysku jak najniższym nakładem jest olbrzymia i niestety, jak w każdym zacofanym kraju: podatki wysokie, ale kary małe (tzw. niska szkodliwość społeczna czynu). To tzw. wolna amerykanka- kto pierwszy ten (niestety) lepszy. Tylko czy napewno lepszy ?
@glaude
Wedlug mnie powinna byc jasno okreslona sprawa znaleznego dla odkrywcy, oraz powiazania jego wysokosci z prawidlowym zabezpieczeniem stanowiska i wartoscia rynkowa znaleziska.
Pewne 10% (najlepiej zwolnione od podatku) i legalne, byloby wieksza zacheta niz kilkadizesiat % powiazanych z przemytem i ryzykiem
10% od czego? I jak niby mozna to wycenić i kto by to robił? Na to trzeba kolejnego rozporządzenia ministra lub nawet ustawy !!!
Kiedyś był problem z łosiami na granicy z Białorusią. One (podobno policzone) przechodziły polską granicę i słuch po nich ginął. Biedni Białorusini kłusowali i z głodu je zjadali. Biedę można powstrzymać tylko rozwojem gospodarczym. Nie dodawajcie archeologom kolejnej (dodatkowej) pracy- oni i tak mają co robić. Im jest potrzebny czas (jakże czasami krótki przy budowie autostrad i załatwianiu „biurokracji”) i spokój.
Normalna wycena rynkowa – porownanie do odpowiednikow pojawiajacych sie na aukcjach.
Inaczej zglaszane beda dalej niechodliwe artefakty z mizerna szansa na sprzedaz we wlasnym zakresie.
99% detektorystow chodzi po lesie i polu dla zdrowia?
Bo ten 1% to zapewne pasjonaci, ktorzy nawet 20kg zlotego Swiatowida przytargaliby do muzeum, liczac, ze beda wspomnieni jako odkrywca.
@Krzysztofsf
Krzysiu, nie ma rynkowej ceny zabytku archeologicznego bo jakikolwiek handel nimi jest surowo zabroniony. Chyba, że miałeś na myśli „czarnorynkową” cenę. W takiej sytuacji czarny rynek momentalnie zacząłby podbijać ceny bo wzrósłby pewny, dotowany przez państwo popyt. Ja sobie takiej sytuacji nie wyobrażam. Wtedy jak mówił Maciek powyżej detektorysta stałby się zawodem. O jakości takich ekspedycji wolę nawet nie myśleć.
Przypomniało mi się, że taka sytuacja miała już miejsce w historii polskiej archeologii. Z końcem XIX w. Gotfryd Ossowski prowadził badania wykopaliskowe w jaskiniach pod Mnikowem. Chcąc zmotywować robotników, którymi byli chłopi z okolicznych wiosek, Ossowski zaproponował im pewną kwotę pieniedzy za odnalezienie artefaktu. Bardzo szybko chłopi wpadli na pomysł produkcji narzędzi i wyrobów z kości ułamków kości znalezionych w jaskini, a jak brakowało materiału to i z obiadu odpady posłużyły do produkcji znalezisk. Przebiegle nawet, żeby artefakty wyglądały na prawdziwe wrzucali je na kilkanaście dni do gnojowicy. W ten sposób nabierały odpowiedniej barwy imitującej stopień fosylizacji. Po pewnym czasie Ossowski nabrał podejrzeń. Też bym ich nabrał gdyby w „warstwie neandertalskiej” ktoś znalażł zawieszkę w kształcie koła zębatego. Gdyby znalazcy nie przesadzili z tą niezwykle zaawansowaną myślą techniczną Neandertalczyka pewnie nie domyśliłby sie nigdy, nawet pomimo, że na pseudoartefaktach widać wyraźne ślady ostrza scyzoryka a może nawet w niektórych przypadkach siekiery ;)
Do tego właśnie prowadzi proceder płacenia za zabytki. Chociaż za te naprawdę cenne powinno się wypłacać część równowartości. Jak komuś zależy na ocaleniu dziedzictwa kultury to i dyplomem przy tych mniej cennych też się zadowoli. Przy zgłaszaniu odkrycia stanowiska w kartę zawsze wpisuje się nazwisko odkrywcy, a najczęściej oprócz tego wymienia je ponownie w publikacji. U archeologów jest to również kwestia uczciwości. Jeśli któryś z archeologów tego nie robi to świadczy to o jego nieuczciwości i żadna ustawa tego nie zmieni.
Niewątpliwie problem jest, na dodatek dość spory, i coś z nim TRZEBA zrobić, bo pozostawić własnemu losowi nie można. Ja widzę to tak, że MUSI być pomiędzy obiema stronami (tzn. detektorystą a archeologiem reprezentujacym państwo) jakiś konsensus, wsparty odpowiednią „motywacją” prawną i sankcją ekonomiczną. Można edukować i mieć nadzieję, że chwyci, a można nie robić nic i kalkulować straty. Nie można poprzestać na jednej próbie, bo ona nie jest reprezentatywna. Co więcej, nie można poprzestać na jednym programie, bo to może dotychczasowy program był do niczego, skoro nie zadziałał. A ludzi DA sie zmotywować. Trzeba tylko wiedzieć, co może być takim motywatorem.